Co nowego || Irlandia - historia || Irlandia - dzisiaj || Transport || Gdzie nocować || Co warto zobaczyć
Zdjęcia || Mapy || Ciekawostki || Linki || Moja wyprawa, czyli tam i z powrotem || Kontakt i księga gości
Moja wyprawa, czyli tam i z powrotem
TRASA

Lotnisko Dublin Airport, 10 km na północ od centrum Dublina Lotnisko w Charleroi, skąd latają samoloty Ryanairu Swarzędz, KFC. Pechowy przymusowy postój Białystok - stąd zaczęła się nasza podróż



Lotnisko Dublin Airport, 10 km na północ od centrum Dublina Dublin, stolica Republiki Irlandii Góry Wicklow, Military Road Dolmen Browne's Hill, niedaleko Carlow Kilkenny Aghaboe Abbey Birr Castle z teleskopem w parku :) Clonmacnoise - słynny klasztor nad rzeką Shannon Kilbeggan. Tu whiskey dają za darmo - niestety w niewielkich ilościach Skała Dunamase - piękna, samotna, z ruinami nie tkniętymi od kilkuset lat Skała Cashel - historyczna twierdza na szarej górze Zamek Blarney z „całuśnym” kamieniem i wspaniałymi ogrodami Przylądek Mizen - nawet tu niestety dotarła komercjalizacja :( Przełęcz Moll - widok z tej przełączy zatrzymuje wszystkich przejeżdżających Killarney Przylądek Bray, z rozległym widokiem na ocean i wyspy Skellig Waterville - piękna piaszczysta plaża niczym nad Morzem Śródziemnym Wodospad Torc oraz Muckoss House - Narodowy Park Klillarney Wioska Adare - wypieszczona i przygotowana przez mieszkańców dla turystów Zamek Bunratty - warto zobaczyć i sam zamek (od wewnątrz) jai i pobliski skansen Klify Moher - gdyby nie te mgła... Burren - pustka, wiatr, grobowce i dolmeny Waterfront House - cichy i spokojny Aran Islands - Inis Mór (Inishmore) Ruiny klasztoru na wyspie Inchagoill Connemara - i my zobaczyliśmy natchnienie poetów irlandzkich Carrowkeel - niesamowite cmentarzysko na szczytach wzgórz Slieve League - baaardzo romantyczny widok (i to za darmo:) W tej okolicy spokojnie można kręcić sceny z Mordoru z „Władcy Pierścieni” Letterkenny - nic ciekawego, najbardziej typowe z irlandzkich miast Okrągły fort Grianán of Ailigh - już w starożytności ludzie chcieli widzieć jak najdalej Przylądek Malin Head - dalej na północ już się nie da... Jaskinie Marble Arch - było ciemno i mokro B&B Mountain View - nasz jedyny „wiejski” nocleg Newgrange i Dolina Boyne Monasterboice - tu stoi najpiękniejszy wysoki krzyż kamienny
POMYSŁ I PRZYGOTOWANIA

Zrobienie jakiegoś wypadu do Irlandii zaświtało mi w głowie podczas gry w „Atlantis 2”, akcja której rozgrywa się m.in. na wyimaginowanej zielonej wysepce jako żywo przypominającej średniowieczną Irlandię, z jej mnichami, mitologią, muzyką, elementami celtyckimi itp.
Tak mi się klimat tej gry spodobał, że zacząłem rozglądać się po internecie szukając informacji, jak zorganizować wyjazd do dalekiego w sumie i nieznanego mi zupełnie kraju. Miała to być podróż moja i 3 osób, które udało mi się namówić (Beata - moja żona oraz dwoje znajomych - Sylwia i Grzegorz - nie obyło się bez pytań: Irlandia? a dlaczego?), 2-tygodniowa, bo tylko tyle czasu każde z nas mogło poświęcić. Chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej, więc na miejscu wchodził w grę samochód.

Pierwszy problem jaki musiałem rozwiązać to transport. Myślałem albo o autokarze do Londynu, albo o jakiejś kombinacji z samochodem, samolotem lub promem.
Po kilkudziesięciu wejściach na stronę linii Ryanair już wiedziałem - polecimy samolotem. Zastanawiały mnie jedynie ceny - bardzo zmienne w zależności od dnia tygodnia. Okazało się, że najtaniej będzie lecieć w powszedni dzień. Na miesiąc przed wyjazdem zarezerwowałem (za ok. 240 PLN/os.) bilety powrotne na poniedziałek 3 lipca na dzień wylotu i piątek 14 lipca na lot powrotny. Co do lotniska - to wyboru dużego nie było. Biorąc pod uwagę ceny stanęło na Charleroi pod Brukselą. Do Belgii mieliśmy dojechać moją służbową Meganką.
W tym samym czasie zacząłem rezerwować internetem noclegi, ponieważ znalazłem informacje, że w sezonie w niektórych miejscach w Irlandii (szczególnie w Dublinie) ciężko może być ze znalezieniem noclegu bez wcześniejszej rezerwacji. Z zamówieniem noclegów nie było problemu, zarówno w hostelu Kinlay Christ Church w Dublinie, jak i w domach B&B w innych miastach (po 15 - 16 IR£ za noc).
Do rezerwacji samochodu przymierzałem się sporo czasu, bo wybór ofert w Irlandii jest bardzo duży. W rezultacie wybrałem Hertza, gdzie można zamówić samochód bez żadnych zaliczek. Wybrałem 5-drzwiowy sub-kompakt na 9 dni za 140 IR£ plus pakiet ubezpieczeń, który wybiera się i wykupuje na miejscu (o tym dalej).

Przygotowania do wyjazdu nie trwały zbyt długo. Wiadomo - trzeba było kupić trochę ciuchów p-deszczowych, zakupić nieco dewiz na drogę, zaopatrzyć się w spożywkę na podróż i wyżywienie na miejscu (zupki, konserwy, pieczywko, serki, napoje itp.). Wszyscy wzięliśmy też karty Maestro, a dodatkowo Sylwia i ja mieliśmy Visy Classic.

W końcu nadszedł długo oczekiwany dzień wyjazdu...

Do góry

2 LIPCA 2000, NIEDZIELA

Z Białegostoku wyjechaliśmy około 11. Do przebycia było 1500 km, samolot mieliśmy o 17.50 następnego dnia, więc planowaliśmy jeszcze wypad do Brukseli, bo mieliśmy zapas 8 - 10 godzin.
Około 18 byliśmy już na „autostradzie” przed Poznaniem, mając prostą, szeroką szosę przycisnąłem nieco i ... pękły oba paski klinowe. Dowlekliśmy się jakoś bez wspomagania, chłodzenia i ładowania do Swarzędza i stanęliśmy pod KFC. Z początku sprawa nie wyglądała strasznie - przecież paski to nie uszczelka!
Niestety, mimo pomocy znajomej Grzegorza (dzięki koleżanko!), która objeździła cały Poznań, na ŻADNEJ stacji benzynowej i w ŻADNYM czynnym w niedzielę sklepie nie było pasków do Meganki. Pomoc drogowa też nic nie mogła zrobić, bo wszyscy zaopatrują się w razie potrzeby w hurtowniach, nieczynnych w niedziele! To był po prostu szok! Pobliski serwis Renault otwierali o 7 rano, a my nie mogliśmy czekać tak długo, bo nie zdążylibyśmy na samolot (biletów nie można było przebukować).
W końcu po kilkunastu „gorących” rozmowach z Białymstokiem ustaliliśmy, że kolega Grzegorza weźmie jego Toyotę Avensis i przyjedzie do nas na zamianę. Zostanie z Meganką w serwisie i wróci nią do B-stoku, a my pojedziemy dalej.
Tak też się stało - kolega wyjechał z B-stoku ok. 23, a my, nie mając wyjścia - spędziliśmy noc w samochodzie na parkingu KFC.

Do góry

3 LIPCA 2000, PONIEDZIAŁEK

Nie była to najlepsza noc... Nie zmrużyłem oka, a wszyscy wstaliśmy połamani i zmarznięci ok. 5, kiedy przyjechał nasz wybawca, jak się okazało z drugim kolegą dla towarzystwa(obu jeszcze raz dziękuję - bez ich pomocy cały wyjazd by się rozwalił, bo wszystko w Irlandii mieliśmy przecież zarezerwowane).
Tak więc koledzy zostali czekając na otwarcie serwisu Renault, a my pognaliśmy dalej Toyotą, mając niecałe 11 godzin na dotarcie na lotnisko w Charleroi (ponad 1000 km).
Granicę przekroczyliśmy w Słubicach ok. 9.30 (wcześniej zatankowaliśmy w mieście), a o 15.30 byliśmy miejscu. Samochód odstawiony został na lotniskowy parking, weszliśmy do hollu lotniska i... pierwsza zaskoczenie - takiego syfu i tylu śmieci nie widziałem na żadnym polskim dworcu, a po drugie - odlot był nie o 17.50 (jak stało na komputerowym wydruku ze strony Ryanairu) a o 16.50! Tak więc po 20 min zaczął się check-in z bagażami. Godzina spóźnienia i nie zdążylibyśmy na lot... Na szczęście wszystko się dobrze skończyło (przynajmniej w tę stronę). Przydał się także stojący w holu automat walutowy, w którym kupiłem trochę puntów irlandzkich na taksówkę w Dublinie
Przyszedł czas na kontrolę paszportową - Belgowie nieco zdziwieni (Polacy? do Irlandii?) oglądali nasze dokumenty. I tu znowu mieliśmy pecha - Grzegorz został zaproszony na rozmowę, bo miał identyczny numer w paszporcie co jakiś poszukiwany przez Interpol Włoch! A że jest brunetem, musiał się nieźle napracować nad wyjaśnieniem pomyłki. Na szczęście zdążył przed odlotem. Wsiedliśmy w końcu do Boeinga 737 i po półtorej godzinie wylądowaliśmy wreszcie w Dublinie.
Z celnikami na lotnisku nie było absolutnie żadnych problemów. Tak jak w Charleroi, był podział na „budki” dla obywateli UE i „tych gorszych”, ale siedzący w budce znudzony gość od niechcenia zapytał o cel podróży (powiedzieliśmy, że zwiedzanie, noclegi w B&B itd., jak chce zobaczyć to mamy rezerwacje itp.), i przystemplował co trzeba.
Przy okazji jedna uwaga - w holu głównym lotniska jest co prawda bankomat, ale nie zaakceptował mi maestro. Visę pewnie by przyjął, ale nie używałem jej do bankomatów.
Lotnisko Dublin Airport znajduje się za miastem, można się z niego do centrum dostać autobusem, pociągiem albo taksówką. Wybraliśmy tę ostatnią możliwość, bo byliśmy po prostu baaardzo zmęczeni podróżą.
Usiadłem z przodu. Pierwsze wrażenie - coś nie po tej stronie siedzę! Ale po kilku minutach przyzwyczaiłem się do ruchu lewostronnego. Ok. 19 dojechaliśmy do naszej noclegowni - hostelu Kinlay Christ Church, mieszczącego się w samym centrum Dublina przy Lord Edward St., 200 m od Temple Bar. Czekał na nas 4-osobowy pokój z piętrowymi łóżkami i mini-łazienką. Kuchnia na dole dała nam możliwość zrobienia sobie kolacji. Wieczorem wyszliśmy jeszcze trochę pooglądać Temple Bar, strzeliliśmy po Guinnessie, zobaczyliśmy rzekę Liffey, Ha'penny Brigde i poszliśmy spać.

Do góry

4 LIPCA 2000, WTOREK

W cenę noclegu było wliczone śniadanie kontynentalne, więc o 9 zeszliśmy do kuchni, gdzie były tosty, dżemiki, kawka, herbatka itepe. No i sporo młodzieży z różnych krajów, głównie europejskich. Mieliśmy przed sobą prawie cały dzień zwiedzania i popołudniowy wyjazd z Dublina do Kilkenny, więc spakowaliśmy się i zostawiliśmy bagaże w przechowalni na dole i rozpoczęliśmy standardowe zwiedzanie centrum, z przewodnikiem Wiedzy i Życia w ręce :).
Na pierwszy ogień poszła Katedra Kościoła Chrystusowego (najstarsza katedra w Irlandii), potem Dame Street, Trinity College (oj duży...), deptak Grafton Street z mnóstwem sklepów (m.in. sklep odzieżowy Guinnessa) i park St. Stephen's Green z rewelacyjną trawą. Zaszliśmy też do Galerii Narodowej (było po drodze, nie jestem szczególnym fanem malarstwa), gdzie wisi trochę prac m.in. Caravaggia, El Greca, Goi, Moneta
I tak dotarliśmy do Upper Leeson Street, przy której znajdowała się wypożyczalnia Hertza. O dziwo wszystko grało, trzymali rezerwację. Miły pan grzecznie wytłumaczył, że zalecane jest wzięcie pełnego ubezpieczenia, a ja głupi się na to zgodziłem. W ten sposób ze 140 puntów na 9 dni zrobiło się 270 (130 puntów kosztowało dodatkowo obowiązkowe ubezpieczenie OC, kradzieżowe i wypadkowe. Poproszono nas o Visę, sprawdzono jej zasoby, i wreszcie otrzymaliśmy kluczyki.
I tu miłe zaskoczenie - pod wypożyczalnią stała przy krawężniku nowa 5-drzwiowa fiesta, z radyjkiem i klimą. No cóż, trzeba było wsiąść i jechać pod hostel po bagaże - wypadło na mnie. Z duszą na ramieniu ruszyłem i po półgodzinie nerwówki, kluczenia po uliczkach, niepewnych skrętów w prawo, obcierania krawężników i okrzyków „uważaj! uważaj!” jakoś dojechaliśmy pod hostel... A muszę powiedzieć, że ruch w centrum Dublina jest naprawdę gęsty, i Irlandczycy bynajmniej nie jeżdżą wolno. Do jadących samochodów dochodzą jeszcze autobusy, taksówki na „specjalnych” prawach, motocykliści dający w rurę, rowerzyści normalni i kurierzy, kupa pieszych, a raz nawet widziałem TIRa bez naczepy jadącego z 90 km/h po Dame Street...
Zapakowaliśmy się i ok. 15 wyruszyliśmy wreszcie do Kilkenny, chcąc zahaczyć o Góry Wicklow, mając przed sobą wg mapy 130 - 140 km. Myślałem że zajedziemy o 17, może o 18... O ja naiwny...
Wydostanie się z Dublina zajęło nam prawie godzinę (nie byliśmy niestety jedyni, ludzie chyba z pracy wracali). Po kolejnych 30 minutach wjechaliśmy w góry i... po prostu nie wypadało się nie zatrzymywać po drodze... Piękne, łagodne, zielone stoki, zacienione doliny, torfowe płaskowyże - wszystko to warte było postojów. Zajechaliśmy też do Powerscourt - niestety był już zamknięty. Skierowaliśmy się na drugą stronę gór w kierunku Carlow, ale mimo pustej drogi ciężko było jechać więcej niż 70 km/h.
Po raz pierwszy miałem okazję poznać specyfikę irlandzkich drugorzędnych dróg. Ciągłe zakręty, brak pobocza (asfalt i od razu albo murek, albo wysoki trawiasty nasyp - wyminięcie się z pojazdem jadącym z przeciwka wywoływało u mnie zawsze taki głęboki niepokój czy będę miał prawe lusterko czy już nie...), oznakowania raz w milach a raz w km... po prostu była niezła zabawa. A dodatkowo musiałem jeszcze kiwać ręką w odpowiedzi do mijających mnie kierowców, bo - jak zauważyłem - prawie każdy nas pozdrawiał.
Moje niewprawienie jeszcze w ruchu lewostronnym (po ruszeniu z postoju notorycznie zaczynałem jechać po prawej stronie :) - wszystko to spowodowało, że pod dolmen Browne's Hill dojechaliśmy ok. 8 wieczorem. No cóż, obcykaliśmy aparatami stertę głazów (po późniejszym wywołaniu zdjęć wszystkie miały czerwone rysy w różnych miejscach, czyżby to skutek oddziaływania pola magnetycznego?) i w drogę. Na miejsce, pod piękny dom B&B Launard House państwa Johna i Sandry Cahill, dotarliśmy o 21.30.
Czekała nas jeszcze jedna niespodzianka, bo Mr. John wcale nie powitał nas zbyt mile! Był nieco obrażony, że nie powiadomiliśmy go o spóźnieniu (jeszcze z Polski wysłałem maila że przyjedziemy ok. 18). „Jak to, przecież są telefony!” - odpowiedział mi na moje tłumaczenia, że był duży ruch w Dublinie, że nie przypuszczałem, że tak wolno będzie się jeździło po Irlandii, że na mapie wszystko wygląda prościej itp...
No nic, rozgościliśmy się w na górze w naszym 4-osobowym pokoju, a potem poszliśmy na wieczorne zwiedzanie miasteczka, choć trochę siąpiło. Zdążyliśmy jeszcze zajść do supermarketu po puszkowe piwo i przejściówkę do gniazdka.
Aha, szukaliśmy tam na półkach polskich produktów, ale były tylko ogórki Krakusa w słoikach :).

Do góry

5 LIPCA 2000, ŚRODA

Ranek powitał nas ładną, słoneczną pogodą. Postanowiliśmy wybrać się na północ, do środkowej części Irlandii. Naszym celem tego dnia było przede wszystkim Clonmacnoise.
Schodzą do jadalni na dole pani Sandra dała nam wybór - taki jaki codziennie przechodzi się w domu B&B - czy życzymy sobie śniadanie kontynentalne czy po irlandzku. Oczywiście z ciekawości (w przewodniku już wcześniej znalazłem parę słów w tym temacie) wybraliśmy to drugie. I co? Niebo w gębie! Nie ma jak solidne śniadanie: dwa plastry pieczonego bekonu, jajko sadzone, dwie okrągłe kaszanki, dwie kiełbaski grillowe, pieczony pomidor. Do tego gorące tosty z masłem, pyszna kawa lub herbata. Oprócz tego do wyboru różne musli z mlekiem, owoce itp... Wtedy, po raz pierwszy zajadając się irlandzkim śniadaniem, zjedliśmy naprawdę sporo. Starczyło na cały dzień...
Po drodze do Clonmacnoise zatrzymaliśmy się przy uroczym, wciąż religijnie czynnym Aghaboe Abbey z pięknym, niewielkim średniowiecznym kościółkiem.
Dojechaliśmy do miejscowości Birr, w której centrum znajduje się otoczona wysokim murem prywatna posiadłość: zamek z 1620 roku, ogrody i park. Zamku zwiedzać nie można, ale przeszliśmy się po ogrodzie i parku, aż do niewielkiej szklanej altany i wysokiego na 10 m teleskopu z 1845 roku.
Klasztor Clonmacnoise, uważany za jedną z kolebek irlandzkiego chrześcijaństwa, robi duże wrażenie, zarówno swoją powierzchnią, jak i niezwykłymi zabytkami. Aby się do niego dostać, musieliśmy oczywiście kupić bilety (6 puntów od osoby) i przejść przez dość ciekawe muzeum historyczne m.in. z podświetlanymi makietami. Zwiedziliśmy 3 świątynie, 2 okrągłe wieże, ołtarz papieski (Jan Paweł II w 1979 r. odprawił tu mszę) i poszeptaliśmy trochę przy słynnych Szepczących Drzwiach. A wraz z nami robiło to ok. 200 innych osób :)
Po południu, wracając w stronę Kilkenny, zajechaliśmy jeszcze do Kilbeggan, aby podegustować troszkę whiskey w Locke's Distillery - założonej w XVIII wieku, najstarszej na świecie działającej wciąż gorzelni.
Pod wieczór zaczęło padać na dobre. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze koło Skały Dunamase. Dojście na szczyt nie było trudne, a widoki, mimo deszczu, wynagrodziły nam przemoknięcie.

Do góry

6 LIPCA 2000, CZWARTEK

Dziś w końcu mieliśmy zobaczyć po raz pierwszy ocean i irlandzkie zachodnie wybrzeże, o którym tyle wcześniej czytaliśmy. Pożegnaliśmy Johna (już mniej obrażonego) i ruszyliśmy na południowy zachód. Przed wybrzeżem czekała na nas jednak wizyta w Cashel, dokąd zjeżdżają wszyscy turyści, aby zobaczyć zbudowaną na skałach twierdzę, symbol średniowiecznej władzy zarówno świeckiej jak i kościelnej (co w sumie przez kilka stuleci oznaczało to samo), będącej dla Irlandczyków tym czym dla nas Wawel. Wielkie opactwo, ze świątyniami dobudowywanymi co kilkaset lat, dziesiątkami celtyckich krzyży i rozległym widokiem na rzekę Suir robi duuuże wrażenie.
Koło południa pojechaliśmy dalej, mając jeszcze tego dnia kilkaset km przed sobą. Chcieliśmy dojechać do Mizen Head. Przejeżdżaliśmy przez małe miasteczka i wioski, a potem obwodnicą Corku dotarliśmy do Blarney Castle, kolejnego słynnego w całej Irlandii zamku. Na wieży jest kamień, którego pocałowanie coś tam podobno daje, ale był atak duża kolejka na górę, że zrezygnowaliśmy z wejścia. W zamian za to pobuszowaliśmy nieco we wspaniałych ogrodach zamkowych. Naprawdę nie wiem, czy gdzieś widziałem równie zróżnicowaną roślinność i krajobrazy. Były tam wąwozy ze strumykami, zarośnięte stawy, jaskinie (zamek został zbudowany na skale, w której wydrążone były już wcześniej duże groty), pagórki, dolmeny, a także park z dziesiątkami rodzajów drzew i krzewów.
Droga na Mizen Head prowadziła przez kolejne małe wioski gdzie w przydomowych ogródkach widzieliśmy całą łagodność irlandzkiego klimatu w tym rejonie - rosną tam nawet palmy! Również przy głównych ulicach kilku miasteczek spotkaliśmy szpalery palm wysokich na kilka metrów. Po południu dotarliśmy na Mizen Head, spotykając na parkingu chyba tylko 3 samochody (było już późne popołudnie). W końcu zobaczyliśmy ocean - z wysokości ponad 100 metrów. Daleko w oddali widziałem kutry rybackie, które wydawały się jedynie zabawkami. Powierzchnia oceanu był wyjątkowo spokojna, nie padało, a widoczność była nieco ograniczona przez lekką mgłę. Ocean szykował się powoli do przypływu.
Mimo wspaniałego widoku nie poszliśmy na sam koniec cypla (z latarnią morską i punktem meteorologicznym), bo za przejście mostem na cypel pani w budce - czego można było się spodziewać - pobierała „myto” w wysokości 3 IR£ od osoby
Ruszyliśmy na północ, chcąc już dość szybko i bez postojów dojechać do Killarney na nocleg. Ale czekała nas po drodze jeszcze jedna niespodzianka. Zahaczyliśmy o Ring of Kerry, którego objechanie mieliśmy w planach następnego dnia. Ale nie mogliśmy niestety przejechać przez przełęcz Moll obojętnie. Widok z przełęczy był niesamowity, choć zachmurzone mocno niebo i kropiący deszcz ograniczały trochę widoczność. Pod wieczór zerwał się też zimny wiatr, zapowiadający - jak się później okazało - zmianę pogody i dokuczliwe zimno przegoniło nas wreszcie do samochodu.
W Killarney kluczyliśmy prawie godzinę szukając domu B&B Larkfield House, w którym zarezerwowałem nocleg. Irlandzkie adresy mają to do siebie, że lubią być skomplikowane. Będąc już w mieście musieliśmy znaleźć najpierw dzielnicę Ballycasheen, potem nienazwaną i nie wymienioną w internecie ulicę, a na końcu wśród domów przy tej ulicy (żaden nie miał numeru) dom Johna Ivory.
W końcu go znaleźliśmy - jaskrawy kolor, przed domem parking dla gości, a w domu... John, najmilszy Irlandczyk jakiego poznaliśmy (no może po jego małym synku, z którym Grzegorz wygrał w piłkarzyki tego wieczora). Przy wieczornej herbatce musieliśmy zdać relację, skąd dokładnie jesteśmy, kiedy przyjechaliśmy do Irlandii, ile czasu chcemy tu być i jakie mamy plany. John chciał nam zorganizować cały następny dzień, ale słysząc o naszych planach, że chcemy objechać Ring of Kerry, przyznał, że jeden dzień to akurat na taką wycieczkę.
I to tyle, jeżeli chodzi o czwartek 6 lipca...

Do góry

7 LIPCA 2000, PIĄTEK

Kiedy rano (po śniadaniu, irlandzkim oczywiście) wyjechaliśmy z Killarney na Ring of Kerry (czyli turystyczną drogę widokową dokoła półwyspu Iveragh), okazało się, że przed nami i za nami pędzi spora ilość busów, autokarów, samochodów prywatnych. Ring of Kerry to bardzo popularne miejsce na zachodnim wybrzeżu... Co ciekawe, zdarzył się i kolarz na emeryturze, którego spotykaliśmy później jeszcze parę razy na drodze, wytrwale pedałującego pod górkę i z górki.
Cała trasa dookoła półwyspu to 170 km drogi wiodącej głównie wybrzeżem oceanu. Najpierw minęliśmy Killorglin, małą turystyczną mieścinę, a potem zaczęły się krajobrazy jak z bajki. Mieliśmy sporo szczęścia z pogodą, po wiatr, który zaczął wiać poprzedniego dnia, zapowiedział, jak się okazało, piękną słoneczną, wyżową pogodę przez cały dzień. Było ok. 22 °C, niebo prawie bezchmurne, z z lekką morską bryzą.
Z szosy biegnącej ok. 150 m n.p.m. rozpościerał się wspaniały widok na zatokę Dingle, za którą doskonale widoczne były brzegi półwyspu o tej samej nazwie. Z kolei za plecami mieliśmy najwyższy szczyt w Irlandii, górę Carrantuohill.
W połowie drogi zboczyliśmy z Ring of Kerry, aby dotrzeć do przylądka Bray Head na wyspie Valentia, połączonej ze stałym lądem Irlandii groblą. Sam przylądek to ciągnące się aż do brzegu pastwiska, musieliśmy przełazić przez druty kolczaste, żeby znaleźć się bliżej brzegu. Z wysokiego na 80 m brzegu rozpościerał się rozległy widok na otwarty ocean, jak na mapie widać było malutkie pobliskie wysepki, a także znane z ptactwa stożkowate skaliste wyspy Skellig.
Po południu zatrzymaliśmy się w Waterville, turystycznej miejscowości będącej jednym wielkim campingiem. Miejsce położone nad zatoką Ballinskelligs ma jedną wielką zaletę - piękną piaszczystą plażę wygiętą w sierp.
Po odpoczynku na plaży ruszyliśmy dalej, mając po prawej ręce zatokę Kenmare River i widok na wysoki półwysep Beara.
Zatrzymaliśmy się w Templenoe, małej wiosce, żeby spróbować miejscowych fish&chips (wzięliśmy najdroższą rybkę - łososia - a co!). Z sosem przypominającym nasz tatarski bardzo smakowało.
Tak jak poprzedniego dnia, znowu przejechaliśmy przez przełęcz Moll (tym razem mając lepszą pogodę zostaliśmy na niej dłużej) oraz porobiliśmy zdjęcia z punktu widokowego Ladies' View (w internecie można spotkać dużo zdjęć z tego miejsca). Przed powrotem do Killarney musieliśmy jeszcze zobaczyć przynajmniej część Narodowego Parku Killarney, udało nam się odwiedzić wodospad Torc oraz Muckross House, pałac i ogrody położone na jeziorem Muckross.

Do góry

8 LIPCA 2000, SOBOTA

Rankiem po pysznym śniadanku (wciąż irlandzkim - jeszcze się nam nie znudziło) przyszło nam się pożegnać z Johnem i jego żoną Kathy (oczywiście musieliśmy się wpisać do księgi gości) i wyruszyć na północ.
Brak czasu spowodował, że nie zajechaliśmy na półwysep Dingle (a bardzo chciałem tam pojechać, no cóż, może następnym razem), ani nie zatrzymaliśmy się w ciekawym historycznie mieście Limerick, założonym przez Wikingów.
Pogoda tego dnia znowu wróciła do normy, tzn. siąpił przelotny deszczyk i było dość chłodno. W Adare, niezwykle starannie odrestaurowanej wiosce ze słynnymi, dopieszczonymi chatami krytymi strzechą zatrzymaliśmy się tylko na chwilę. Dziewczynom nawet nie chciało się wychodzić z samochodu - źle się czuły - prawdopodobnie nadmiar irlandzkich śniadań).
Pogoda poprawiła się na parę godzin, gdy przyjechaliśmy pod Zamek Bunratty. Zwiedzanie zajęło nam prawie dwie godziny, bo naprawdę było co oglądać. Cały zamek jest odrestaurowany, oryginalne wnętrza z meblami pozwalają wyobrazić sobie życie Xv-wiecznego hrabiego i jego ludzi. Obok zamku zorganizowano skansen próbujący odtworzyć wiejskie życie XIX-wiecznej Irlandii. Widzieliśmy więc sklepy, dom lekarza, pub, warsztaty rzemieślnicze, młyn wodny - a wszystko jakby opuszczone wczoraj przez swoich mieszkańców.
Ale trzeba było jechać dalej. Kierowaliśmy się na słynne klify Moher. Pogoda była coraz bardziej ponura, w miarę jak wjeżdżaliśmy na coraz wyższe i wyższe stoki, zbliżając się do wybrzeża, pojawiała się lekka mgła.
W końcu dojechaliśmy do klifów. Niestety, po dojściu na kraniec brzegu, tak jak inni zawiedzeni turyści mogliśmy tylko wsłuchać się w szum oceanu gdzieś daleko w dole. Nic nie było widać - mgła gęsta jak mleko pozwalała dojrzeć jedynie zarysy klifów na kilkanaście metrów w dół. Szkoda... Ale odbiliśmy sobie to później, na północy Irlandii.
Co ciekawe, w miarę oddalania się od brzegu było coraz jaśniej, a mgła powoli zaczynała zanikać. Po 10 milach wjechaliśmy do krainy Burren, która na żywo wygląda o wiele bardziej niesamowicie niż na zdjęciach w przewodnikach czy w internecie. Aż po widnokrąg ciągną się płaskie połacie spękanej szarej skały, w części pokryte mchem i przetykane gdzie niegdzie krzaczkami. Mając jeszcze sporo czasu, zwiedziliśmy jaskinię Ailwee (tam przynajmniej nie padało), a potem znaleźliśmy jeszcze na odludziu parę samotnych grobowców korytarzowych... Nie mogliśmy ominąć też dolmenu Poulnabrone (zbudowanego prawdopodobnie ok. 4.500 lat temu... Szczerz mówiąc myślałem, że jest większy... Niemniej ze swoją prawie idealnie poziomą płytą górną wygląda bardzo interesująco.
Sam rejon Burren to moim zdaniem idealne miejsce na kilkudniowe spędzenie tu czasu na rowerze. Można by dotrzeć do wszystkich zakamarków tej krainy, kryjących dziesiątki megalitycznych budowli i pozostałości po starożytnych fortach i osadach. Bardzo chciałbym tam wrócić...
I tak, po całym deszczowym i mglistym dniu dotarliśmy wieczorem do naszego kolejnego miejsca postoju - domu B&B Waterfront House Country Home nad brzegiem największego jeziora w Irlandii - Lough Corrib. Widzieliśmy już parę irlandzkich domków, ten jednak zaskoczył nas swoim położeniem (20 m od jeziora) i okolicą - niezwykle spokojną, oddaloną od głównej drogi i miasteczka Oughterard o parę km. W pobliżu znajdują się pola golfowe i ruiny kilku zamków. Było to bardzo przyjemne miejsce na odpoczynek i relaks.

Do góry

9 LIPCA 2000, NIEDZIELA

Taki wyjątkowy dzień jak niedzielę trzeba było poświęcić na coś specjalnego. A niedaleko było jedno takie miejsce - Wyspy Aran. Do niedawna zapomniane, znajdujące się na uboczu wyspy zostały spopularyzowane w kilku filmach i programach krajoznawczych. W latach powrotu fascynacji kulturą celtycką zaczęły przeżywać w sezonie prawdziwe najazdy turystów. No cóż, musieliśmy to sprawdzić...
Przejechanie 30 km przez opustoszałe pogórze do Rossaveal zajęło nam prawie godzinę (znowu te irlandzkie drogi... Na szczęście zdążyliśmy na rejs o 10.30.
Bilet na statek kosztował 10 puntów od osoby. Stateczki Island Ferries (6 jednostek) przypominają nasze polskie pływające na trasie Gdańsk - Hel (te małe, nie te katamarany). Zabierają na pokład ok. 80 osób.
Sam rejs był sporym przeżyciem, byliśmy przecież niemal na odkrytym oceanie. Fala dochodziła da 2 metrów i trzeba był się mocno czegoś trzymać, żeby ustać na nogach. A 10 minut stania na odkrytej rufie, gdzie usiłowałem zrobić kilka zdjęć, skończyło się przyjęciem na siebie paru litrów morskiej wody...
Przypłynęliśmy do portu Kilronan na największej z wysp - Inis Mór (Inishmore). Na dwie mniejsze wyspy dociera już znacznie mniejsza ilość turystów, bo podróż na nie jest dwuetapowa i nie każdy ma tyle czasu. Dlatego w sezonie na Inishmore jest naprawdę tłoczno.
Z ciekawszych rzeczy w małym porcie Kilronan zauważyłem duży sklep ze słynnymi swetrami z wełny aran (chciałem taki jeden ręcznie dziergany sobie kupić, ale niestety - ceny 100 - 130 puntów były dla nie do przyjęcia, a maszynowo robionych nie chciałem, bo były wyraźnie słabszej jakości), kilka podrzędnych pubów i barów, wypożyczalnię rowerów (wg Grzegorza całkiem solidnych) oraz oczywiście główne źródło zarobku miejscowych zmotoryzowanych mieszańców, czyli długi rząd rozklekotanych busów czekających na kolejną „falę” wysypującą się ze statków.
Kierowcy oferują przejazdy jedynie do kilku najważniejszych punktów wyspy za 5 puntów/os. Za objechanie całej wyspy trzeba zapłacić extra.
W ten sposób dotarliśmy do Fortu Dun Aengus - malowniczo położonej fortyfikacji na zachodnim klifie. Dojście na fort (wstęp płatny oczywiście) i widoki z niego na klify i ocean to naprawdę wielki przeżycie.
Potem czekała na nas klasztorna osada o dziwnej nazwie Siedem Kościołów (dziwnej bo widziałem jedynie trzy budowle), w której mieszkali w IX wieku mnisi.
Wróciliśmy do portu i resztę czasu spędziliśmy w jego okolicach, czekając na rejs powrotny (o 18.30). Ja, już samotnie, wybrałem się jeszcze piechotą do Killenny, wioski oddalonej od portu o kilka km. Na pobliskim wzgórzu znajduje się najmniejszy kościół świata - Kościół św. Benana. Warto było wspiąć się do niego lawirując między krowami, bo z góry rozciąga się rozległy widok na port, lotnisko, piaszczystą łachę Trawmore i latarnię morską na wysepce Straw Island.
Wracając statkiem do Rossaveal wiedzieliśmy już, że nasza wycieczka była jedynie namiastką tego, co można tu przeżyć...
Wieczór chcieliśmy wykorzystać do objechania wokół jeziora Lough Corrib, ale zapadające ciemności złapały nas za Cong i zawróciliśmy. Z drogi biegnącej nad samym brzegiem jeziora widać było niewielką wysepkę na środku jeziora. W mroku i podnoszącej się z jeziora mgle ruiny średniowiecznego klasztoru na wysepce wyglądały jak z bajki...

Do góry

10 LIPCA 2000, PONIEDZIAŁEK

Tego dnia czekała nas długa droga, bo aż do Letterkenny w Donegal na północy. Dlatego wyjechaliśmy wcześniej niż zwykle (czyli o 9 :). Jeżeli chodzi o irlandzkie śniadanko, to nastąpiły pewne zmiany, bo część z nas miała go już dość i przerzuciła się na musli z mlekiem i tosty. Ja wytrwale 6 dzień z rzędu pałaszowałem kaszankę i bekon :)
Po wpisaniu się do księgi gości (przeglądając ją zauważyliśmy z naszego regionu tylko Czechów) opuściliśmy spokojne brzegi Lough Corrib i kierując się na północ drogą 336 a potem N59 wjechaliśmy w sam środek górzystej krainy Connemara, której piękno, jeśli wierzyć przewodnikom, była natchnieniem wielu słynnych pisarzy i poetów irlandzkich. Coś w tym musi być bo po pierwsze przejeżdżaliśmy przez tzw. Krainę Joyce'a, a po drugie, krajobrazy Connemary naprawdę są niepowtarzalne: zielone pasma górskie wraz z licznymi granatowymi jeziorkami tworzą fantastyczne widoki.
Po tych cieszących oko przeżyciach mieliśmy chwilę spokoju, bo przez ponad 100 km nic specjalnego nie widzieliśmy. Postanowiliśmy jednak odnaleźć cmentarzysko Carrowkeel gdzieś koło jeziora Lough Arrow. Dokładnych namiarów nie mieliśmy, ale pomogła jedna jedyna strzałka w wiosce Ballinafad. Po opuszczeniu głównej drogi zaczęliśmy wjeżdżać coraz wyżej i wyżej na górskie zbocza, aż trafiliśmy na bramę z napisem mówiącym, że jest to teren prywatny (pastwisko), ale jak chcemy to możemy ją sobie otworzyć i wyjechać wyżej, tylko potem musimy ją zamknąć za sobą. W porządku, przejechaliśmy bramę, ale po kilkuset metrach mieliśmy drugi taki przypadek. W końcu dotarliśmy do miniparkingu, gdzie stała tablica, że wyżej można już wjechać tylko samochodem osobowym (co i tak nie jest zalecane). Pojechaliśmy wyżej. Nasza fiesta toczyła się powoli metr od urwiska, ale się udało. Dotarliśmy prawie na szczyt jednego z niezalesionych wzgórz Bricklieve.
Po wejściu na szczyt zobaczyliśmy naprawdę niezwykły widok. Przed nami były trzy groby korytarzowe, wg niektórych źródeł starsze nawet niż Newgrange, nie mówiąc o egipskich piramidach. Kilka innych dostrzegliśmy na okolicznych wzgórzach. Wokół było cicho i spokojnie, a rozległy widok pozwolił nam dostrzec daleko małe wioski. Podobno nikt nigdy się nie osiedlał blisko grobowców ze strachu i szacunku wobec duchów. To było naprawdę niecodzienne miejsce.
Tego dnia mieliśmy jeszcze jeden cel po drodze. Choć prawdę mówiąc klify Slieve League tak po drodze to nie był, bo musieliśmy nadłożyć ponad 100 km i wjechać serpentynami wysoko na urwisty brzeg oceanu. Ale warto było po wdrapaniu się na górę ujrzeć najwyższe morskie klify w Europie, tym bardziej że pogoda dopisała i słońce pięknie oświetlało urwiska. Poza tym chyba w następnym roku planowano wprowadzić opłaty za wstęp, bo widzieliśmy nazrzucane z helikopterów dziesiątki ton kamiennych bloczków, z których jak sądzę będą zbudowane schody na górę i pewnie jakaś platforma widokowa. W końcu turysta musi widzieć, że za coś zapłacił...
Znad klifów Slieve League skierowaliśmy się prosto do Letterkenny drogą 250, która prowadzi przez moim zdaniem najbardziej opustoszały, smutny i monotonny region Irlandii. Na bezkresnej równinie nie zauważyłem nawet jednej kępy wyższej roślinności a połacie szaro-brązowej ziemi ciągnęły się bez końca. Monotonia tego krajobrazu była tak przygnębiająca, że wszyscy odetchnęliśmy z ulgą wjeżdżając do Letterkenny.
Samo miasto nie jest może zbyt ciekawe, ale stanowi ono bardzo dobry punkt wypadowy, niedaleko jest na półwysep Inishowen, północne przylądki Irlandii, klify Slieve League, a nawet na północne wybrzeże Irlandii Północnej, gdzie jest kupę ciekawych rzeczy do obejrzenia.
Trochę się naszukaliśmy domu B&B Killererin House, bo oczywiście adres był dość karkołomny (znowu jakaś dzielnica w dzielnicy na obrzeżu miasta), ale w końcu się udało. Od właścicielki domu, pani Catriony, dostaliśmy pokoje o imponującym anglosaskim wykończeniu, a podczas tradycyjnej herbatki dostaliśmy też niezły wycisk z angielskiego. Gospodyni chciała wszystko wiedzieć o nas, o naszej podróży i gdzie jeszcze zamierzamy jechać.
Słysząc, że wybieramy się do Irlandii Północnej, poradziła obejrzeć wieczorne wiadomości i zdecydowanie zaczęła nam odradzać wypad do Portrush (gdzie znajduje się jeden z cudów natury - Grobla Olbrzyma). Faktycznie już wcześniej słyszeliśmy o rozruchach w większych miastach Irlandii Północnej (w tych dniach co roku oranżyści organizują swój marsz przez dzielnicę katolicką i co roku jest to samo - bojówki obu stron skaczą sobie do oczu), ale nie braliśmy tego do głowy. W tym roku jednak rozruchy były poważniejsze, a my mieliśmy przejechać przez parę miasteczek, łącznie z Londonderry. No cóż, decyzję odłożyliśmy do rana.
Wieczorem czekała nas jeszcze jedna atrakcja - niedaleko bowiem przy szosie znajdował się jeden z lepszych pubów w hrabstwie, mający - w opinii miejscowych i przyjezdnych - najlepszego Guinnessa w okolicy. Faktycznie był świetny, a do tego poczuliśmy wspaniałą atmosferę irlandzkiego tradycyjnego pubu. Z zewnątrz niepozorny, w środku lokal wyglądał fantastycznie, ze stolarką mebli, baru, podłogi i podwala z jednego rodzaju drewna, z pamiątkami na półkach i ścianach pamiętającymi XIX wiek, z gadatliwym barmanem i jego młodszym bratem. Najbardziej urzekła nas zasuszona (wypchana?) ponad półmetrowa ryba w gablocie, złowiona w latach 30. Nie znam się na rybach, ale musiał być to niezwykły okaz, skoro nie został zjedzony i przetrwał tyle lat...

Do góry

11 LIPCA 2000, WTOREK

No i rano przy śniadaniu zostałem przegłosowany - nie jedziemy do Irlandii Północnej. Wierzyłem że omijając centra większych miasteczek bez przeszkód dojedziemy tak gdzie chcemy, ale relacje w wiadomościach zrobiły swoje - młodzi gówniarze skaczący po dachach samochodów, jakieś kamienie lecące nie wiadomo skąd, dużo policji, zabarykadowana część dróg - wszystko to jednak przemawiało do wyobraźni. Niby samochód był w pełni ubezpieczony, ale miał jednak rejestrację irlandzką i jeśli trafilibyśmy na kogoś nerwowego to mogło być nawet tak, że nie zdążylibyśmy na samolot z Dublina. Tak więc nie zaryzykowaliśmy. A nasza troskliwa gospodyni mogła odetchnąć z ulgą...
Żeby nie stracić dnia, objechaliśmy półwysep Inishowen, docierając do przylądka Malin. Cały półwysep jest bardzo malowniczy, a ładna słoneczna pogoda poprawiła nam humory.
Koło Londonderry (na przedmieściach którego jednak byliśmy, nie zauważając niczego szczególnego) zwiedziliśmy też okrągły pogański fort, wzniesiony na szczycie wzgórza, służący od V wieku jako pogańska świątynia. Z fortu dzięki pogodzie roztaczała się wspaniała panorama na półwysep, miasto Londonderry oraz zatoki Lough Swilly i Lough Foyle.
Po południu poszliśmy do centrum Letterkenny, jednak nie było tam nic godnego opisania tutaj.
I tyle - generalnie dzień stracony. :(

Do góry

12 LIPCA 2000, ŚRODA

Powoli nasza podróż zaczęła zbliżać się do końca, bo teraz droga prowadziła już nas w stronę Dublina. Tego dnia naszym celem były jaskinie Marble Arch (Marmurowego Łuku). Znajdują się one niedaleko Enniskillen a znane są z tego, że zostały utworzone przez trzy strumienie, spływające z górskiego szczytu, które łączą się właśnie pod ziemią, aby później wpaść, już na powierzchni, do rzeki Cladagh.
Podziemna wycieczka (bilety są drogie, około 7 - 9 puntów) była naprawdę ciekawa, szliśmy i szliśmy przez mokre wnętrze góry, oglądając podziemne wodospady, cały szereg ciekawych form geologicznych (stalaktyty, stalagmity, różne grzybki, łuki i kolumny) a główną atrakcją programu była podróż łodzią po podziemnej rzece, niestety trochę krótka. Ale i tak wrażenia pozostały na długo...
Nocleg zapewnił nam Mountain View - wiejski B&B w miejscowości składającej się z kilkudziesięciu domów, w tym dwóch dających noclegi B&B, cmentarza, kościoła, sklepu i trzech pubów (jeden pub przypadał chyba na 15 domów :). Muszę tu zaznaczyć, że gospodyni na powitanie bardzo mile nas zaskoczyła - górą super-kanapek, które zniknęły w ciągu 5 minut... A na zewnątrz poczuliśmy wreszcie zdrowe irlandzkie powietrze (krowy były niedaleko :)
Wieczorem (znowu zaczęło padać) wybraliśmy się do jednego z miejscowych pubów. Tak jak przypuszczaliśmy - w pubie było cicho i pusto. Jednak od 21 zaczęły się dziać dziwne rzeczy - stopniowo przybywało miejscowych, co ciekawe były to całe rodziny, nawet z małymi dziećmi... Raptem zobaczyliśmy jakże inne spędzanie wolnego czasu na wiosce w porównaniu z naszymi wsiami, gdzie wieczorem każdy zamyka się w swoich czterech ścianach...

Do góry

13 LIPCA 2000, CZWARTEK

To już nasz przedostatni dzień w Irlandii. Zostało nam niecałe 200 km do Dublina.
Znowu wróciliśmy na główne irlandzkie drogi, czasami nawet dwupasmowe, więc mogliśmy jechać miejscami nawet 140 km/h. Samochód musieliśmy zdać do 16, więc popędziliśmy do Newgrange, najbardziej chyba znanego zabytku w kraju.
Zwiedzanie grobowca Newgrange jest bardzo szczegółowo zorganizowane. Nic dziwnego, bo zjeżdżają tu tłumy turystów. Samochód zostawiliśmy na wielkim parkingu, a przy wejściu do centrum obsługi klienta opłaciliśmy wstęp i każde z nas dostało karteczkę w odpowiednim kolorze, którą trzeba było przykleić sobie na koszulkę. W ten sposób zostaliśmy przydzieleni do konkretnej trasy zwiedzania (można wybrać zwiedzanie tylko muzeum, zwiedzanie grobowca Newgrange albo zwiedzanie wszystkiego, łącznie z dwoma innymi grobowcami).
Po przejściu na drugą stronę centrum wyszliśmy na parking specjalnych autokarów, które przewożą turystów po całej Dolinie Boyne do oddalonych o kilka km grobowców. Nie można tego terenu zwiedzać indywidualnie. Cały teren, łącznie z kilkoma wioskami, jest pod kontrolą, podobno ze względu na wciąż trwające prace archeologiczne, jednak podejrzewam, że chodzi raczej o kasę.
Czekając na nasz autokar zauważyliśmy naszych rodaków - młodą parkę siedzącą obok nas. Nie odezwali się jednak do nas - do dziś nie wiem dlaczego...
W końcu zawieziono całą naszą grupę, w której przeważali Amerykanie i Japończycy, na miejsce, czyli pod Grobowiec. Tam przejęła nas przewodniczka i po długim opisywaniu zabytku i podkreślaniu jego ważności i wysiłków włożonych w jego odrestaurowanie wprowadziła nas w końcu do grobowca. Oczywiście wewnątrz nie można było robić zdjęć. Co prawda próbowałem cyknąć parę ujęć bez flesza ale nic nie wyszło.
W głównej komnacie grobowca po zgaszeniu świateł zrobiono nam pokaz zimowego przesilenia 21 grudnia, kiedy to promienie słoneczne na kilkadziesiąt sekund dochodzą przez cały korytarz wejściowy aż do końca komnaty, oświetlając środkową niszę komnaty. Wg archeologów świadczy to o tym, że grobowiec został zbudowany bardzo precyzyjnie i służył jako obserwatorium słoneczne albo jako miejsce religijne o najwyższym znaczeniu. Tak naprawdę jednak nikt nie wie na pewno, jakie funkcje spełniała ta budowla. Ta i dwie inne znajdujące się w okolicy.
Jak na dzieło ludzkich rąk zbudowane ok. 5.200 lat temu, grobowiec robi kolosalne wrażenie. Jego wymiary, złożoność konstrukcji, szczegółowe ryty zdobiące poszczególne bloki kamienne - wszystko to świadczy o nieprawdopodobnej pracy i wiedzy włożonej w jego budowę. Warto zapłacić te kilkanaście puntów, żeby to zobaczyć...
Odwiedziliśmy jeszcze klasztor Monasterboice, położony niedaleko Newgrange, gdzie obok okrągłej wieży znajdują się jedne z najlepiej zachowanych kamiennych irlandzkich krzyży.
Potem przez pół godziny szukaliśmy klasztoru Mellifont Abbey, ale bez rezultatu. Krążąc po gęstej w tym rejonie sieci dróg nie mogliśmy dostrzec jakiegokolwiek drogowskazu pokazującego drogę do niego. W końcu z braku czasu zrezygnowaliśmy i skierowaliśmy się do Dublina.
Wypadało oddać samochód czysty, żeby w Hertzu nie pomyśleli, że Polacy to brudasy bez wychowania, więc zatrzymaliśmy się na pobliskiej myjni i zmyliśmy tygodniowe błoto (a było co myć).
Wreszcie przed 16 dotarliśmy do naszego hostelu, bagaże trafiły do pokoju, a my zatankowaliśmy do pełna i wreszcie stanęliśmy przed biurem Hertza. Pracownik pobieżnie obejrzał samochód, zapłaciliśmy i pożegnaliśmy naszą dzielną fiestę, którą zrobiliśmy ponad 3000 km.
Wieczorem poszliśmy pozwiedzać północną część Dublina (za rzeką), ale po tych wszystkich dniach spędzonych w najpiękniejszych miejscach Irlandii O'Connell Street i sklepy nie zrobiły już na nas żadnego wrażenia... Żałowałem jedynie, że zabrakło nam czasu na browar Guinnessa. No ale nie można mieć wszystkiego naraz.

Do góry

14 LIPCA 2000, PIĄTEK

Co tu dużo mówić. Szybko zleciały te dni. Smutny był ten ostatni poranek na Szmaragdowej Wyspie. Nie liczyliśmy już na żadne wrażenia, a jednak...
Pokręciliśmy się trochę po okolicy, potem poprosiliśmy dziewczynę w recepcji hostelu żeby zadzwoniła na lotnisko i potwierdziła godzinę odlotu. I tu coś się zaczęło nie zgadzać... - wg wydruku z internetu odlot miał być o 14.55, a dziewczynie powiedzieli że o 15.50. No cóż, widocznie nastąpiła zmiana, pomyśleliśmy... O 13.30 zamówiliśmy telefonicznie taksówkę i pożegnaliśmy Kinlay Chist Church.
Na lotnisku zgłosiliśmy się do odprawy pod odpowiednie stanowisko, zdaliśmy bagaże i znaleźliśmy się w strefie bezcłowej. Trzeba było wydać te drobniaki, które zostały w kieszeniach, więc każde z nas zagłębiło się między półki... Oglądaliśmy, kupowaliśmy... i nie będę się zagłębiał w szczegóły - faktem jest, że spóźniliśmy się na lot. Odlot był jednak o o 14.55 a nie o 15.50. Szok! W te pędy znaleźliśmy się przy stanowisku Ryanairu. Na szczęście były wolne miejsca na następny samolot (odlatywał wieczorem), jednak każdy z nas stracił po 50 puntów :(. Dobrze chociaż że nasze bagaże zostały na lotnisku. Okazało się że wywoływano nas przez głośniki, ale po pierwsze - w tym całym zgiełku i tłoku nic nie można było zrozumieć, a po drugie - nie za bardzo słuchaliśmy komunikatów...
Wreszcie znaleźliśmy się w samolocie i po 2 godzinach Grzegorz znowu tłumaczył celnikowi że jest Polakiem a nie poszukiwanym przez nich Włochem :) Potem już bez problemów zapakowaliśmy się w samochód i ruszyliśmy do domu. Czekała nas nocna jazda przez Niemcy.

Do góry

15 LIPCA 2000, SOBOTA

Granicę w Słubicach przekroczyliśmy około 6 rano. Jakoś tak dziwnie wyglądała nasza płaska Polska. Zieleń taka nie zielona, i domy takie szare...

O 15 byliśmy w Białymstoku.

Wróciłem. Byłem tam i z powrotem.

Do góry

TROCHĘ LICZB

10 - tyle filmów fotograficznych kupiliśmy na wyjazd. Wszystkie zostały wykorzystane
14 - tyle dni nie było mnie w domu
140 - tyle złotych kosztowała naprawa Megaznki w serwisie Renault
2000 - tyle mil przejechałem w Irlandii
2400 - tyle złotych na osobę wyniósł całkowity koszt wyjazdu
3200 - tyle kilometrów jest do Charleroi i z powrotem
26035 - tyle litrów mieszczą zbiorniki Boeinga 737-600, którym lecieliśmy

Do góry